U.G. Krishnamurti [przeniesiony]

Awatar użytkownika
Kreuzgang
Rozgoryczony
Posty: 354
Rejestracja: 29 sty 2015, 21:02

Re: U.G. Krishnamurti

Postautor: Kreuzgang » 02 lut 2017, 15:33

saikodasein pisze: skrajne wydarzenia zamazują cały obraz i jednostka zaczyna się cieszyć z małych rzeczy, ignorując cały znój, bo w perspektywie doświadczeń z obozu koncentracyjnego wydaje się niczym, ale to kolejne samo-oszustwo.


I co z tego, nawet jeśli samo-oszustwo? Przecież o to właśnie chodzi.
"I learned that life is a long and difficult road, but you have to keep going, or you'll fall by the wayside".

Steve McQueen

Awatar użytkownika
saikodasein
Optymista
Posty: 67
Rejestracja: 24 sty 2016, 23:21

Re: U.G. Krishnamurti

Postautor: saikodasein » 02 lut 2017, 18:19

Ja studiowałem to co mi się podoba i nawet biorąc pod uwagę, że nigdy nie przykładałem wagi do nauki, tak tam na studiach faktycznie szło dobrze jak nigdy, natomiast w pewnym momencie się wypaliłem, wiedza przestała wchodzić i nie byłem już w stanie przejść pewnego poziomu, co z resztą wynika też z mojego wygodnego charakteru, który oburza się na najmniejsze przeszkody i szybko poddaje + brak talentu, więc jeśli samo "nie wchodzi" to nie wejdzie w ogóle. No i nie potrafię się uczyć tego, co mnie nie interesuje, więc nawet w "popularnych" dziedzinach byłby jednym z wielu bez szans w tak ogromnej konkurencji. Ja u siebie dawno temu rozważałem ChAD, ale z tego co czytałem tam dobry i zły nastrój to okresy oddzielone od siebie, a ja mam prawie jednocześnie te sprzeczności. Czytam "zaniżona samoocena" w prawie każdym schorzeniu tego typu to chwytam się za głowę, bo owszem niską samoocenę mam, ale do całego istnienia, sprowadzającego do tego samego poziomu wszystkich, zwalając sukces lub porażkę na zbyt wiele czynników nad którymi jednostka nie ma kontroli - geny, wychowanie, przypadek (brak wolnej woli). A to, że bardziej boli cierpienie drugiego człowieka od komara wiąże się tylko i wyłącznie z genami i chęcią dobra dla swojego gatunku i stawiając go ponad wszystko, co jest naturalne, lecz obiektywnie moralnie niewłaściwie.

Patrycjuszu odrzuciłeś wszystko poza moralnością, ale wiara w nią nie różni się od wiary w puste idei czy boga. I to właśnie przerażające, co pisałem w swoim pierwotnym poście, bo mimo braku wiary w moralność, nie potrafię zaakceptować alternatywy. Nie chcę nikomu pomagać, już mnie z jednego forum wyrzucono (prawdopodobnie za podżeganie do samobójstwa), właśnie na tym polega moja "pomoc". Nie chcę pomagać, bo jestem samolubny, ale nawet jeślibym chciał to nie potrafię działać wbrew sobie i pomoc ta zostanie źle zrozumiana. A czy jeśli chciałbym pomóc to i tak dla własnego ego? I tu odpowiem też Krezugangowi - nie potrafię/nie chcę się samo-oszukiwać, a już na pewno nie w taki sposób i cieszy mnie że kolega wyżej zrozumiał, co w przypadku tego co tu wypisuje zdaję sobie sprawę, iż stanowi pewne wyzwanie. Choć różnimy się raczej bardzo, bo ani aparycji, ani kontaktu z ludźmi, ani intelektu tu nie uświadczysz. O adaptacji nie ma mowy absolutnie z postawą panicza. Najdrobniejsza zmiana wywołuje u mnie gniew (czy to autyzm?). Minimalnie zgadza się z rodziną i w sumie tyle. Czyli nie ma szans na przetrwanie i poradzenie sobie, co bym mógł znów zwalić na geny+wychowanie. W świecie zwierząt przepadłbym dawno temu, w ludzkim społeczeństwie lubią podtrzymywać darmozjadów, nawet niechęć ludzi pracy do nich nie zwycięża nad pronatalizmem. Cały czas z zapartym tchem czekam na moment, w którym będę musiał iść do pracy, ale z braku wyobraźni nie potrafię przewidzieć co się wydarzy. Wydaje się, iż siądę nad wodospadem jak bohater Zapffego i poczekam na swoją kolej, ale czy oby na pewno?

Właściwie zastanawiałem się czy nie zrobić wątku na forum o tym, ale może to zbyt prywatna sprawa, a może spodziewam się negatywnej odpowiedzi. W skrócie, czy któryś z was miał udany związek i był w stanie żyć w kameralnym matrixie dwojga czy z taką postawą nie ma szans na coś takiego (wyobrażam to sobie na zasadzie świadomie wspólnego kpienia z rzeczywistości, ale spokojnego i cichego życia na jej obrzeżach)? Jeśli rozważam nad jakimiś mrzonkami, które ewentualnie mogłyby mnie zmusić do jakiegokolwiek działania to tylko w tych rejonach, ale z taką postawą graniczyłoby to z cudem, a w dodatku jeśli usłyszę że i to nie pomaga, no to nie ma o czym mówić. Płeć przeciwna nie ma predyspozycji do takiego wglądu w rzeczywistość (a spróbuj tak powiedzieć w jej obecności), więc do dość mizernych szans na takie wyjście dochodzi jeszcze niskie prawdopodobieństwo na odpowiednią osobę. Nie wiem czy ktoś tu nie przytaczał wywiadu z Ligottim, w którym było o czymś podobnym. W akcie desperacji zostaje homoseksualizm, ale naciski społeczne na ten wątek są zbyt mocne by ktoś taki jak ja, który lubi komfort egzystencji mógł spokojnie tak żyć, nie mówiąc o innych kwestiach z tym związanych.
Maybe the honorable thing for our species to do is deny our programming, stop reproducing, walk hand in hand into extinction, one last midnight - brothers and sisters opting out of a raw deal. Rusty Cohle, True Detective

Patrycjusz
Rozczarowany
Posty: 209
Rejestracja: 08 lut 2015, 15:45

Re: U.G. Krishnamurti

Postautor: Patrycjusz » 02 lut 2017, 19:04

Robi się spory offtop, ale admina myślę to nie obchodzi ze względu na wielowątkowość wypowiedzi na tym forum.

Niska ocena rzeczywistości też jest samo-oceną, chociaż to tylko zabawy językowe, bo ocena zawsze jest własna, rozgranicza się to po prostu na ocenę kierowaną na siebie lub na zewnątrz, a niech mi ktoś powie, że tu nie występuje klasyczny przypadek projekcji zresztą.
Trudno nie rozwijać u siebie problemów psychicznych przy silnym braku akceptacji otaczającej rzeczywistości. Na ile jednak to wynik wygodnictwa, a na ile trafnych spostrzeżeń analityka - zależy. Ja spokojnie mogę wyobrazić sobie inne rządzące schematy lub ich brak, a to, że inni nie potrafią, trudno. Najchętniej dałbym każdemu do przeczytania może nie dzieła pesymistów, ale chociażby "Wirusy umysłu", żeby zdali sobie sprawę z tego, jak chorzy i zainfekowani są.
Gniew na drobne zmiany, u mnie też coraz większy, może nie gniew, ale irytacja potrzebująca silnych wrażeń (ostra muzyka, seks) do rozładowania, inaczej strzeżcie się. Skąd się to bierze? Ze świadomości, że te zmiany nie są powodowane bezpośrednio przez pojedyncze jednostki czy okoliczności, tylko że to wynik ogromnej machiny, którą dyskutujemy tutaj na forum. Nieprzyjemne zachowanie pani w sklepie? Cała moja wiedza z zakresu psychologii oraz błędów kultury nie pozwala mi traktować tego jako sytuacji, w której pomyślałbym "ona ma zły dzień". Nie, to jest po prostu kolejny trybik w machinie obładowany frustracjami i na dodatek najpewniej z brakami w intelekcie i inteligencji emocjonalnej, hamowaniu impulsów etc. Ojciec socjopata? Klasyczny przypadek determinizmu patologii, widziałem jego ojca więc co będę się użerał z wadliwym produktem "wychowania".
Dlatego mój gniew kieruję nie w stronę bezpośrednich przyczyn nieprzyjemnych dla mnie sytuacji, a na panujące zasady, których wynikiem są takie sytuacje. W większości przypadków są to zasady niemające szans na zmiany i stąd momenty dobitnej niezgody.

O kobietach? Nie ma problemu. Przede wszystkim trzeba liczyć się z tym, że te, które wypadły z obiegu kultury są zaburzone. Każda z tego typu. Pozostaje tylko umieć trafnie rozpoznawać, na czym to polega i czy jest groźne. Przez poszukiwanie jakiejś buntowniczej natury trafiłem na borderline, przeżyłem to swoje wiem, jak rozpoznawać, nevermore, ale blizna do końca życia. W dodatku jej chwiejność powoduje, że światopogląd również się chwieje i np. teraz zdaje się cieszyć ze zdobyczy swojej kultury. Dobrze, że mnie już tam nie ma.
Inaczej sprawa ma się z tymi bardziej stabilnymi, tutaj przy odpowiednio włożonym wysiłku można cieszyć się egzystencją na obrzeżach we własnym kąciku.
Ja tylko zostawię listę tagów, które mi osobiście pomagały i nadal pomagają: 5w4, 4w5, INTP, INTJ, melancholik (nie neurotyzm!), sztuka (zwłaszcza ciemna), nauka (ale nie technologia a przyrodnicze), filozofia (nawet jeśli nie pesymizm, to można podyskutować). Dalsze check-pointy: dokładnie sprawdzaj fb i google, i nie bojkotuj jeśli widzisz tam coś co Cię odpycha - później będziesz się na to wkur*iać. Im ładniejsza tym gorzej, ale to akurat trzeba umieć wypośrodkować. To chyba tyle, dosyć tych subiektywnych spostrzeżeń, o których trafności jestem przekonany jak cię mogę.

Awatar użytkownika
Kreuzgang
Rozgoryczony
Posty: 354
Rejestracja: 29 sty 2015, 21:02

Re: U.G. Krishnamurti

Postautor: Kreuzgang » 02 lut 2017, 19:27

Patrycjusz pisze:Robi się spory offtop, ale admina myślę to nie obchodzi ze względu na wielowątkowość wypowiedzi na tym forum.


Nie trwóżcie się, bowiem moderator jest z wami. Później pomyślę czy z tego wątku wyodrębniać inne i w którą stronę, póki co niech fala niesie; "Chwilo trwaj!"

Patrycjusz pisze:O kobietach? Nie ma problemu. Przede wszystkim trzeba liczyć się z tym, że te, które wypadły z obiegu kultury są zaburzone.


Jak zaburzone i co ma oznaczać "obieg kultury"?

Patrycjusz pisze:Dalsze check-pointy: dokładnie sprawdzaj fb i google, i nie bojkotuj jeśli widzisz tam coś co Cię odpycha - później będziesz się na to wkur*iać. Im ładniejsza tym gorzej, ale to akurat trzeba umieć wypośrodkować.


Akurat przytulnie się zrobiło, mam ochotę na odrobinę zwierzeń to i się zwierzę, ale nieprzesadnie. Prywatnie mniej niż średnio wierzę w związki budowane wedle reguł tego z czym mamy do czynienia we współczesnej Cywilizacji Zachodniej, która coraz bardziej zaczyna promować świat gdzie najlepsi biorą wszystko, a cała reszta nic. Przekroczyliśmy już dawno punkt w którym zarówno mężczyzna jak i kobieta mieli przypisane określone zadania, rozwijali właściwe swym płciom role oraz cechy ( męskość i kobiecość). Czasy w których tworzenie rodziny było uznawane za oczywistość i pewien istotny punkt w rozwoju człowieka. Rewolucja seksualna i równouprawnienie zrobiły swoje, obecnie mężczyźni nie są w pełni mężczyznami, podobnie jak kobiety kobietami, zaś postępujące wyzwolenie przyniosło wolność również od odpowiedzialności, żyjemy więc z pełną świadomością tego, że jesteśmy wymienialni. Zawsze i pod każdym pretekstem. Jedyna odpowiedzialność do jakiej się naprawdę poczuwamy, to ta związana z pracą. Korporacyjna idea człowieka zwyciężyła w pełni i zdominowała wszystkie pozostałe rodzaje odpowiedzialności. Cała reszta podlega relatywizacji i wymianie handlowej wedle określonych kryteriów.

Zaś co do samego procesu zdobywania partnera, formy do jakich trzeba się uciekać na Zachodzie już dawno przekroczyły granice dobrego smaku w moim rozumieniu tychże. Z knajpami, dyskotekami i niekończącym się tańcem godowym na używkach, ewentualnie uporczywym chodzeniem na rozmaite koncerty, imprezy, speeddating zgodnie z duchem czasów w których na nic nie ma czasu. Mam głębokie przeświadczenie, że to nie tak powinno wyglądać, a jeśli już do tego doszło, to coś jest zepsute.

Zabawne, że w kulturach np. bliskowschodnich posiadanie wielodzietnej rodziny jest normą, podczas gdy u nas zaczyna być rzadkością. Rośnie też lawinowo odsetek samotnych, dla ukrycia rozpaczy zwanych singlami, a także kobiet odsuwających decyzję o macierzyństwie pod same bramy menopauzy. Mocno trzymam się przeświadczenia ( nie tylko mojego), że Zachód już od dawna przestał być miejscem przyjaznym do dla człowieka, a służy robieniu kasy na mieszkańcach i dłońmi mieszkańców.

Kończąc: Obecnie jestem samotny. Może i mógłbym się z kimś związać...ale zwyczajnie mi się nie chce przystępować do tego projektu, w którym widzę kilka plusów, wielką niewiadomą i naprawdę dużo potencjalnych minusów. A jak jeszcze pomyślę, że muszę zacząć bawić się w jakieś podchody, zainteresowywanie sobą, rywalizację z innymi, a nie daj boże portale randkowe, to wolę już zainwestować energię życiową w inne projekty, dużo bardziej prawdopodobne i przewidywalne. Zwiedzić świat na przykład.
"I learned that life is a long and difficult road, but you have to keep going, or you'll fall by the wayside".

Steve McQueen

Awatar użytkownika
saikodasein
Optymista
Posty: 67
Rejestracja: 24 sty 2016, 23:21

Re: U.G. Krishnamurti

Postautor: saikodasein » 02 lut 2017, 20:27

Rozmawiamy sobie swobodnie i większość z tego można byłoby przenieść gdzie indziej a może nawet wykasować, ale przynajmniej choć tylko w trójkącie - forum żyje jak nigdy.

Gniew, niepokój, frustracja - ciężko określić, ale lubię kontrolować rzeczywistość, jeśli idzie po myśli to fajnie, ale jeden mały element, który nie pasuje do scenariusza i jest panika. To i ta postawa panicza co chce po swojemu. Uważam, że mi się należy spokój po prostu. Relacji w świecie zewnętrznym unikam, bo niczego tam nie kontroluje, a u siebie jakkolwiek złudnie, jest stabilnie. Tak długo jak sąsiedzi nie remontują mieszkania, wówczas świat o sobie przypomina ponownie. Ostatecznie cholera, może faktycznie jest jakiś element jak u ciebie Patrycjuszu, gdzie machina daje znać o sobie.

Zaburzenie mi nie przeszkadza, może nawet wręcz przeciwnie, ale tu mi się zapala jakiś socjopatyczny element u siebie, w którym uważam to za ciekawe, ciekawsze niż osobę zdrową. Coś jak Hannibal serialowy, który się bawi pacjentami by sprawdzić jak zareagują, tylko nie poprzez manipulację, a obserwację i wspieranie (chęć stania się zbawicielem?). Z obiegu kultury to ja wypadłem chyba wraz z brzucha matki i to u drugiej osoby też byłoby raczej koniecznie. Czasami chwytałem się jedna ręką, ale nigdy duży świat nie był dla mnie. Z opóźnieniem dla świętego spokoju obejrzałem parę klasyków filmowych jak stare StarWarsy, ale tylko mnie znudziły. Co do wyglądu to kojarzę powiedzonko "ładna żona-cudza żona", także spokojnie. FB gardzę strasznie, symbol czasów i społeczeństwa. Z INTJ mam problem, bo posiadam jego negatywne cechy, a o pozytywne ciężko, a już na pewno nie o te dotyczące życia zawodowego, tam nie mam startu z innymi. Właściwie to odpowiedź na pytanie tutaj nie przyszła, bo oczekiwałem rozwiązania problemu czy to pomaga, a nie jak. Nie mam pojęcia jak, choć wiem jak w teorii, a Patrycjusza rady wydają się bardzo sensowne, natomiast (dzień dobry paniczu) wymagania jakie są stawiane zazwyczaj do tych spraw są dla mnie nie do przyjęcia (dbałość o wygląd, odpowiedni dobór słów, bycie bankomatem damy...). Diogenes z Synopy we mnie mi to uniemożliwia. Nie chce mi się i tutaj wchodzą po części obawy Kreuzganga. Drażni mnie postawa mówienia "Na górze róże, na dole...", bycia Michałem Aniołem czy Szekspirem zamiast konkretnego "ruchamy się?" Chociaż zupełnie nie o to mi chodzi, ale żeby uwypuklić jak to zwykle wygląda, a w idealnym spotkaniu chciałbym móc z drugą osobą rozebrać rzeczywistość do naga od początku i mówić otwarcie o co chodzi. Nie chce mi się, natomiast pytam was czy warto i czy to w ogóle pomaga? Nie seks, tylko związek. Taka odpowiedź i tak niczego dla mnie nie zmieni, ale przynajmniej usprawiedliwi w moich oczach część ludzi, którzy okazje na taką ucieczkę dostały i jakoś przeżyły ból istnienia. No i albo zostanę pozbawiony złudzeń do końca, że żadna ucieczka już nie istnieje albo jest promil szans na cud i być może wtedy wbrew sobie pożyję w umiarkowanym egzystencjalnym spokoju kilka lat.
Maybe the honorable thing for our species to do is deny our programming, stop reproducing, walk hand in hand into extinction, one last midnight - brothers and sisters opting out of a raw deal. Rusty Cohle, True Detective

Patrycjusz
Rozczarowany
Posty: 209
Rejestracja: 08 lut 2015, 15:45

Re: U.G. Krishnamurti

Postautor: Patrycjusz » 02 lut 2017, 20:44

Kreuzgang pisze:Jak zaburzone i co ma oznaczać "obieg kultury"?


Obieg kultury, czyli tzw. model ekstrawertyczny nastawiony na sukces zawodowy, jak największą ilość znajomości, pewność siebie, fascynację technologiami i korzystanie z nich, ogólnie konsumpcyjny styl życia oparty na zarabianiu pieniędzy oraz ich wydawaniu na rozrywkę, etc... Przecież wiesz o co chodzi. Poza tym tzw. "kanony kobiecości" - czyli skupienie kobiety na swoim wyglądzie, atrakcyjności fizycznej, myślenie o sobie jako partnerce, z której potem wyjdą małe smerfy. Kobieta, która wycofuje się/zostaje odrzucona, przez obieg kultury, to taka, która: a) nie przykłada aż tak dużej wagi do wyglądu, b) nie chce mieć dzieci, c) nie chce brać ślubu, d) poszukuje partnera pod innymi względami niż bezpieczeństwo materialne (pieniądze), e) jej gusta, zainteresowania i światopogląd wykraczają daleko poza normę nie napędzając gospodarki.

Naprawdę długo wierzyłem, że może istnieć coś takiego i jednocześnie nie posiadać zaburzeń. Jednak jakim cudem? Dlaczego miałbym zresztą oczekiwać od kogoś więcej niż od siebie samego?

Wydaje mi się, że pomyliłeś to co napisałem z własnego doświadczenia z ogólną tendencją wymienialności. Bo ja nie piszę o wymienialności, tylko o odpowiednim trafie - a to ma zminimalizować szansę na wymianę. Nie wiem jak u innych, może ich związki rozpadają się, bo wiedzą, że mogą wymienić. U mnie akurat rozpadały się przez brak wymagań. Niewiele oczekiwałem a później kończyłem maksymalnie rozczarowany (co za paradoks), w drugą stronę zresztą tak samo. Niekończące się nieporozumienia, kłótnie i ogólne wrażenie absurdu, nieprzystawalności - a to wszystko przez brak wiedzy o psychologii osobowości.

Kreuzgang pisze:Zabawne, że w kulturach np. bliskowschodnich posiadanie wielodzietnej rodziny jest normą, podczas gdy u nas zaczyna być rzadkością.


Rzadkością wśród klasy wyższej i średniej, tych co bardziej wykształconych oraz bez patologii i nałogów. Tak poza tym to mnożą się jak trzeba.

Kreuzgang pisze:Może i mógłbym się z kimś związać...ale zwyczajnie mi się nie chce przystępować do tego projektu, w którym widzę kilka plusów, wielką niewiadomą i naprawdę dużo potencjalnych minusów.


To chyba nie jest kwestia wyboru, ja po swoich doświadczeniach powinienem obciąć sobie przyrodzenie a nie zrobiłem tego. Albo czujesz bez tego pustkę, albo nie, a jak ją czujesz, to nie ma innego sposobu jej zapełnienia. Obserwacja własnych schematów bez rozważania o "chcę" - i już wiesz, bez czego możesz się obejść, a bez czego nie.

@saikodasein
Bardzo niezdrowo jest mieć przymus kontroli w świecie, w którym jesteś znikomym pyłkiem. Możesz stworzyć sobie swój mały kącik, który kontrolujesz - dokładnie tak robi każdy introwertyk o pogrzanych poglądach. Za to wpuszczenie do tego kącika kogoś, kto będzie go urządzał w połowie - wtedy koniecznie ktoś, kto urządza tak samo swój kącik, wtedy nie ma konfliktu interesów. Stąd właśnie moja dewiza - jeśli widzę, że ktoś podobnie urządza swój kącik, to zapraszam też do mojego. Wszystkie moje znajomości na tym polegają, inne nie przetrwały. Jak miałem podtrzymać znajomość z kumplem z liceum, który stawia na kaloryfer na brzuchu, wódkę i gry MMO? 3 lata siedzenia razem w ławce, jakiegoś tam wspierania się. To nic nie znaczy, nie wierzę w przyjaźń w jej popularnym sensie, tylko porozumienie może to zagwarantować, żadnych kompromisów.

To co opisujesz o "zdobywaniu" to mit - mit kultury zachodniej zwany miłością romantyczną. Pierdyliard rekwizytów napędzających gospodarkę + slogan "Marry and reproduce". Czysty konstrukt kulturowy, co najbardziej przerażające, wyzwalający prawdziwe emocje (!) skonstruowane przez przekaz kulturowy, coś okropnego.

Dwa pocieszenia w mroku: kobieta, która zainteresuje się pesymistą (o ile tym pesymizm epatujesz od samego początku - zero kompromisów), miłość romantyczną ma głęboko w poważaniu (czyli woli "ruchajmy się"), a związek z taką to ciekawa sprawa. Z jednej strony, co cztery ręce to nie dwie, ale z drugiej, ciężar, który nakłada pesymizm również rośnie. Jednak działa tutaj ekonomia skali - jeśli czegoś jest 2x więcej, to koszt utrzymania tego to 1,5x więcej. Czyli wychodzi na +. Alleluja.

Awatar użytkownika
Kreuzgang
Rozgoryczony
Posty: 354
Rejestracja: 29 sty 2015, 21:02

Re: U.G. Krishnamurti

Postautor: Kreuzgang » 02 lut 2017, 22:13

Patrycjusz pisze: Kobieta, która wycofuje się/zostaje odrzucona, przez obieg kultury, to taka, która: a) nie przykłada aż tak dużej wagi do wyglądu, b) nie chce mieć dzieci, c) nie chce brać ślubu, d) poszukuje partnera pod innymi względami niż bezpieczeństwo materialne (pieniądze), e) jej gusta, zainteresowania i światopogląd wykraczają daleko poza normę nie napędzając gospodarki.


B i C to coraz bardziej norma. Określa się to mianem nieformalnych związków oraz poświęcenia życia karierze. Jedno i drugie w modzie. Punkt E też nie jest tak rzadki, współcześnie określa się to bodajże mianem hipsterstwa.

Patrycjusz pisze:To chyba nie jest kwestia wyboru, ja po swoich doświadczeniach powinienem obciąć sobie przyrodzenie a nie zrobiłem tego. Albo czujesz bez tego pustkę, albo nie, a jak ją czujesz, to nie ma innego sposobu jej zapełnienia.


Do pewnego stopnia kwestia wyboru, do pewnego nie. Zacząłbym jednak od tego, że wcale nie uważam, iż powinienem mieć wszystko to, co wydaje mi się by mi pomogło lub uczyniło życie znośniejszym lub wręcz szczęśliwym. Nie każda pustka musi być zapełniona. Nie każda też potrafi być w ogóle zapełniona, bądź zapełniona wedle wymagań. Rozsądniej jest w takim układzie przenieść energię do bardziej rozsądnych dążeń. Wpływ na to co zrobię ze sobą samym mam olbrzymi, na to jak ułożę sobie relacje z innymi osobami, kierującymi się własnymi interesami, wartościami i obsesjami; już tylko częściowy, czasem wręcz marginalny. Lepiej więc postawić na siebie. Dylemat w dużej mierze podobny do tego który miał Rust Cohle.

Patrycjusz pisze:Dwa pocieszenia w mroku: kobieta, która zainteresuje się pesymistą (o ile tym pesymizm epatujesz od samego początku - zero kompromisów), miłość romantyczną ma głęboko w poważaniu (czyli woli "ruchajmy się"), a związek z taką to ciekawa sprawa.


Veto. Nie doceniasz romantycznej siły ukrytej w pesymizmie, marudzeniu, malkontenctwie. Nie tak przyciągającej jak ta, którą tryskają optymistyczni ekstrawertycy, ale również mającej swoje amatorki, najczęściej melancholijne romantyczki-intelektualistki.

Kobieta spod znaku "ruchajmy się" ma już natomiast zupełnie inne gusta, zresztą by taką zdobyć sam powinieneś być samcem spod tego samego znaku; a ci którzy mają ze znalezieniem partnerek problem, nie mają co takich szukać, bo sami takimi nie są, inaczej już dawno nie byliby samotni. Życie zweryfikowało.
"I learned that life is a long and difficult road, but you have to keep going, or you'll fall by the wayside".

Steve McQueen

Patrycjusz
Rozczarowany
Posty: 209
Rejestracja: 08 lut 2015, 15:45

Re: U.G. Krishnamurti

Postautor: Patrycjusz » 02 lut 2017, 22:48

Kreuzgang pisze:B i C to coraz bardziej norma.


Pewnie, na zewnątrz wygląda to podobnie, jednak chodzi mi o to, co w głowie. W B i C miałem na myśli kobiety, które z gruntu zakładają, że tego nie chcą, a nie opóźniają to w nieskończoność - to istotna różnica. A przede wszystkim motywy działania - nie chcę ślubu bo to sztuczne deklaracje, które same z siebie świadczą o braku zaufania (chyba że w grę wchodzą korzyści majątkowe), oraz - nie chcę dzieci bo... No i tutaj pełne pole do popisu, moi znajomi/moje dziewczyny używają takich argumentów: bo nie lubię dzieci/bo nie chcę tracić tyle czasu i kasy na dziecko/bo uważam, że życie to mordęga (tu postawa nieświadomie antynatalistyczna)/bo nie mam gwarancji, że zapewnię temu dziecku stabilny związek rodziców, a nie chcę tworzyć dysfunkcji.

Kreuzgang pisze:Punkt E też nie jest tak rzadki, współcześnie określa się to bodajże mianem hipsterstwa.


Ponownie miałem inne intencje, pisał o tym gdzieś Dead_Clown, że indywidualizm jest w cenie, o ile tworzysz go z prefabrykatów, które narzuca Ci moda. Ile razy już to widziałem - zaczynając od fryzury a kończąc na oglądanym serialu. Jasny gwint, nawet BDSM stało się modne. Jak to działa? Polska to taki śmietnik zachodu, do którego z niewielkim opóźnieniem docierają tamtejsze mody. Zawsze kiedy pojawia się coś nowego, mój radar wyczula się i zazwyczaj okazuje się, że to następna fala idzie.

Kreuzgang pisze:Wpływ na to co zrobię ze sobą samym mam olbrzymi, na to jak ułożę sobie relacje z innymi osobami, kierującymi się własnymi interesami, wartościami i obsesjami; już tylko częściowy, czasem wręcz marginalny. Lepiej więc postawić na siebie.


Z jednej strony wydaje się to słuszne - z drugiej, całkowicie nie rozumiem tego w kontekście hołdowania hospicjom i grymasu na indywidualizm. Nie mam wpływu na relacje z innymi więc postawię na siebie, ale nie podoba mi się indywidualizm i hospicja są ok. Wiem o co chodzi - nie chcesz tworzyć bliższych więzów z ludźmi bo są podatne na uszkodzenia i nieprzewidywalne, jednocześnie chcąc niektórym z nich w jakiś sposób pomóc - nie wiem czy przy takim nastawieniu to jest w ogóle wykonalne. Wolontariat i hospicja to też kontakt z ludźmi, też budowanie relacji. Jedyny sposób na takie anonimowe pomaganie w masce a'la Batman to posiadanie dużej ilości pieniędzy i obdarowywanie nimi ludźmi z dystansu.

Kreuzgang pisze:Veto. Nie doceniasz romantycznej siły ukrytej w pesymizmie, marudzeniu, malkontenctwie. Nie tak przyciągającej jak ta, którą tryskają optymistyczni ekstrawertycy, ale również mającej swoje amatorki, najczęściej melancholijne romantyczki-intelektualistki.


Słuszna uwaga, przez jakiś czas właśnie taki był mój typ. Jednak zestawienie tych trzech wyrazów, których użyłeś do opisu tego typu, to taka otwarta furtka do emocjonalnie niedorozwiniętych kobiet (skrajny przypadek - borderline). Grubą linią oddzielam pesymizm, o którym myślę ja od marudzenia i malkontenctwa. Do tych dwóch pasuje tylko pesymizm defensywny (przewidywanie możliwych porażek), ale nie prawdziwy pesymizm. Co ma wspólnego marudzenie na coś, co Ci nie pasuje ze światopoglądem, który hołduje współczuciu wobec cierpienia i nie zgadza się na nie? Absolutnie nic. Pesymizm "marudzeniowy" to potoczna forma, i stąd właśnie te memy z Schopenhauerem.

Znacznie bliżej prawdziwego pesymizmu są nie melancholijne romantyczki-intelektualistki (po prostu niestabilne emocjonalnie kobiety nie radzące sobie z rzeczywistością) a wkurw*one realistki-intelektualistki (ostatni człon zostaje). W dodatku realizm w miejsce romantyzmu dodaje stabilności i wierności, bo kobieta "romantyczna" zgodnie z definicją znudzi się swoim białym księciem prędzej czy później, podążając za głosem "serca"... Jak to w zwyczaju mają księżniczki.

Awatar użytkownika
Kreuzgang
Rozgoryczony
Posty: 354
Rejestracja: 29 sty 2015, 21:02

Re: U.G. Krishnamurti

Postautor: Kreuzgang » 02 lut 2017, 23:36

Patrycjusz pisze: indywidualizm jest w cenie, o ile tworzysz go z prefabrykatów, które narzuca Ci moda.


To akurat prawda. Bunt jest doceniany dopóki nie prowadzi do negacji wartości obecnego porządku, np. społecznego. Wtedy zaczynasz się kwalifikować do terapii, samorozwojów czy kołczingów, by znowu zacząć pasować i buntować się w wyznaczonych do tego bezpiecznych granicach. Tzw. "rewolucja w kondomie".

Patrycjusz pisze:całkowicie nie rozumiem tego w kontekście hołdowania hospicjom i grymasu na indywidualizm. Nie mam wpływu na relacje z innymi więc postawię na siebie, ale nie podoba mi się indywidualizm i hospicja są ok. [...]Wolontariat i hospicja to też kontakt z ludźmi, też budowanie relacji.


Mówiłem to w kontekście poszukiwania miłości/partnerki, etc. Na własną atrakcyjność na rynku matrymonialnym - czy też by powiedzieć brutalnie: na drabinie doboru naturalnego - nie mam szczególnie dużego wpływu, bo to dość bezwzględna sfera życia i jak chyba w żadnej innej unaocznia się w niej interesowność ludzka, co dodatkowo mnie od niej odstręcza. Przeto zamiast kombinować w sferach w których mam relatywnie niewielkie szanse na sukces, a duże na porażkę ( co wiem z doświadczenia), wolę skupić się na budowaniu satysfakcji z innych działań.

W żaden sposób nie wyklucza to natomiast budowania relacji z ludźmi na gruncie pomocy. Człowiek biedny, głupi i brzydki może być tak samo użyteczny dla innych jak zamożny, mądry i piękny. Przyzwoitość to cnota, którą można pielęgnować bez względu na okoliczności.
"I learned that life is a long and difficult road, but you have to keep going, or you'll fall by the wayside".

Steve McQueen

Patrycjusz
Rozczarowany
Posty: 209
Rejestracja: 08 lut 2015, 15:45

Re: U.G. Krishnamurti

Postautor: Patrycjusz » 02 lut 2017, 23:55

Przy czym trzeba tym okolicznościom postawić granicę, nie wydaje mi się, żeby można było mówić o przyzwoitości w przypadku zagrożenia własnego życia, chociaż być może po lekturze lidera logoterapii bym się przekonał. Nadal jednak pozostałoby to dla mnie takim raczej... symbolem, "dobrego smaku" ;) niż szerszego wpływu.

Co do rynku matrymonialnego to niestety pobieżna obserwacja pozwoliła mi się przekonać, jak bezwzględne zasady tam panują i chyba jak każdy tutaj - nie zamierzam brać w tym najmniejszego udziału. Ma to swoje plusy - w ten sposób przyciąga się do siebie ludzi o podobnej postawie, także jest światełko w tunelu. Jednak trzeba uważać - często postawa taka jest chwilowa, tylko po to, żeby po zażegnaniu kryzysów ze spokojem wrócić do głównego nurtu. Przykład - dziewczyna, która ze względu na swoją niezbyt dużą atrakcyjność fizyczną wycofuje się z poszukiwania partnera, trafia na takiego, który nie przykłada do tego aż takiej wagi, po czym kiedy uzyskuje dobrą figurę, sami wiemy co się zaczyna... Podobnie, oglądałem ostatnio fragment programu, gdzie dziewczyna na wózku była wręcz adorowana przez pełnosprawnego faceta, ten oczywiście zostawił ją kiedy tylko pełnosprawna dziewczyna się nim zainteresowała; z tamtą był z desperacji. Okrutne prawa, okrutne.


Wróć do „Hydepark”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron