Pesymizm a przyjaźń

Kącik złych pytań i niewłaściwych odpowiedzi
Awatar użytkownika
Kreuzgang
Rozgoryczony
Posty: 353
Rejestracja: 29 sty 2015, 21:02

Pesymizm a przyjaźń

Postautor: Kreuzgang » 21 sie 2015, 20:55

Ciekawi mnie jak sobie radzą pesymiści ze sferą życia jaką jest nawiązywanie kontaktów towarzyskich/przyjaźni. Rust Cohle zdefiniował pesymistę jako kogoś kto jest kiepski w imprezach. Dostrzegam tę przypadłość i u siebie. Otworzyć potrafię się dopiero w sprawdzonym gronie, pośród ludzi obcych częściej milczę i słucham co inni mają do powiedzenia, co nie zawsze jest dobrze widziane. Zastanawiam się jak ludzie z podobnym nastawieniem radzą sobie w społeczeństwie/ zadzierzgują przyjaźnie/miłości i tak dalej.

Czy wy też nie macie wrażenia, że duża część kontaktu z innymi to zwykłe konwenanse i formułki? I w istocie można powiedzieć bardzo wiele, lśnić i przyciągać do siebie innych nie mając de facto nic do powiedzenia?
"I learned that life is a long and difficult road, but you have to keep going, or you'll fall by the wayside".

Steve McQueen

Awatar użytkownika
Dead_Clown
Administrator
Posty: 403
Rejestracja: 29 sty 2015, 19:48
Kontaktowanie:

Re: Pesymizm a przyjaźń

Postautor: Dead_Clown » 21 sie 2015, 22:17

No, nie mogę powiedzieć o sobie, abym był duszą towarzystwa, zwłaszcza tam, gdzie jest dużo nieznanych mi osób, natomiast nie zauważyłem, aby fakt, że jestem pesymistycznie nastawiony do świata czynił ze mnie jakiegoś totalnego odludka. Co więcej, często podczas jakichś spotkań w węższym gronie - jeżeli zaistnieją ku temu okoliczności - często przejmuję rolę głównego dowcipnisia, choć poczucie humoru mam raczej specyficzne. W nowych sytuacjach towarzyskich raczej nie narzucam się z poglądami i też raczej "rozpoznaję teren poprzez obserwację", chyba że ktoś mnie sprowokuje, np. wygadując jakieś brednie albo mówiąc coś, z czym się jakoś bardzo zgadzam. Choć w sumie wszystko zależy od bieżącego stanu psychicznego, bo kiedy nie jest najlepiej, w ogóle unikam kogokolwiek.

Co więcej, spośród moich przyjaciół większość to ludzie, którzy mają zupełnie inne podejście do życia, kompletnie inne zainteresowania i aspiracje. Jakoś mi to nie przeszkadza, tak jak moje poglądy nie przeszkadzają im. Z dużą dozą wyrozumiałości uważam ich za lekko naiwnych, a oni pewnie uważają, że w moim wypadku to takie tam niegroźne dziwactwo.

Jestem od wielu lat żonaty, moja żona nie podziela moich poglądów (wszystkich), czasami ścieramy się w kwestiach światopoglądowych, ale w sumie częściej niesnaski są spowodowane jakimiś zwykłymi życiowymi drobiazgami. Nie rozważam całymi dniami z grobową miną marności świata, temu, co we mnie "najczarniejsze" pozwalam uchodzić na świat w inny sposób i uważam, że to całkiem higieniczne.

Co do innych ludzi, to podchodzę do nich z uprzejmym dystansem, chyba że na dzień dobry uda im się czymś mi narazić, wtedy podchodzę z nieuprzejmym dystansem.
The Devil enters the prompter’s box and the play is ready to start.
Robert W. Service, The Harpy

old weirdman
Pesymista
Posty: 457
Rejestracja: 30 sty 2015, 12:33

Re: Pesymizm a przyjaźń

Postautor: old weirdman » 22 sie 2015, 4:54

Ciekawe zagadnienie;ja z kolei podchodzę do ludzi z czymś co określam jako Lovecraftowską mizantropię;mam tu na myśli traktowanie ludzi z daleko idącym pobłażaniem,coś jak głupiutkie,niesforne,rozpieszczone dzieci w piaskownicy i to z reguły się sprawdza. O nie,nie myślcie sobie,że uważam się za lepszego od innych;uważam się za dużo gorszego.Patrzę na siebie jak na człowieka który pewnego dnia dowiaduje się,że wszyscy ludzie na świecie mają raka-łącznie ze mną-ale tylko niewielu o tym wie,tylko niewielu jest tego świadomym. Czy to czyni mnie lepszym,wyjątkowym? O nie,to odbiera mi radość z życia ale też pozwala skupić się na rzeczach naprawdę ważnych-dla mnie ważnych,nie trwonić czas na głupstwa,na "wypełniacze czasu".Zresztą z doświadczenia wiem,że ludzi tak naprawdę nie interesują innych poglądy;interesuje ich jakim jesteś człowiekiem na codzień,jak się z Tobą będzie współpracować w pracy;możesz głosić wszem i wobec,że oddajesz cześć Bafometowi ale jeśli jesteś bardzo przyjazny i pomocny,życzliwy ludzie to szybko akceptują jako nieszkodliwe dziwactwa jak pisał Dead Clown.Jeśli jednak wyrządzisz jakieś spektakularne świństwo odpłacą Ci podwójnie-jako niewiernemu. Etykietki są wśród ludzi pozornie tylko ważne-ważniejsza jest współpraca na codzień i moje Lovecraftowskie dżentelmeńskie podejście pozwala mi na odnoszenie sukcesów między ludźmi,na powszechną sympatię. Istnieje tylko małe ale;ja świetnie zdaje sobie sprawę z iluzoryczności tych relacji;nikt nie ceni mnie za to jakim NAPRAWDĘ jestem,nikt nie zna moich PRAWDZIWYCH poglądów,nikt nigdy by ich nie zaakceptował ani zrozumiał-poza osobami na tym forum i nieliczną grupą nadwrażliwych których poznałem w życiu. Ale to ma znaczenie tylko dla mnie-w pracy,wśród znajomych zawsze jestem powszechnie lubiany. To również pokazuje jakie tak naprawdę płytkie są relacje między ludzkie-można pracować z kimś przez lata,ba,mieszkać z nim i wogóle go nieznać. Jestem typowym przykładem człowieka o dwóch twarzach ale jak już wspomniałem mechanizm ten świetnie działa w życiu codziennym;wręcz czuję kiedy jeden program przełącza się i uaktywnia drugi i jest dla mnie bardzo naturalny. Można by nazwać mnie człowiekiem zakładającym maskę kiedy trzeba pójść do pracy-rozumiem taki tok myślenia-ale ja po prostu uważam,że mizantropii-tak mi bliskiej-inaczej nie można okazać niż na taki dżentelmeński sposób chcąc pozostać wiernym również mi bliskiemu pacyfizmowi. A kiedy w końcu spotykam nadwrażliwca zwanego przeze mnie Człowiekiem wtedy w końcu można być Sobą-zdarza się tak co jakiś czas i tak rodzą się przyjaźnie. Jeśli chodzi o miłość mam...nie chcę mówić Lovecraftowskie więc powiem naturalistyczne podejście-moja miłość życia była moim największym upadkiem-obecnie uważam miłość za stan "silnego pseudonarkotycznego uzależnienia od partnera",nie jest to żadne z "wzniosłych uczuć" ale ewolucyjny sposób tworzenia par koniecznych do wychowania potomstwa w gatunku homo sapiens choć rozumiem,że sam termin "wzniósłe uczucia" jest również bardzo umowny.
"Zostałem księdzem,bo nie chciałem zostać ojcem".- Wojtek Gunia "Nie ma wędrowca".

Patrycjusz
Rozczarowany
Posty: 205
Rejestracja: 08 lut 2015, 15:45

Re: Pesymizm a przyjaźń

Postautor: Patrycjusz » 24 sie 2015, 15:43

Ja przyjmuję odwrotną strategię od old weirdmana. Od samego początku pokazuje się takim, jakim jestem dzięki czemu nie mam męczących znajomych, bo oni unikają mnie a ja ich. Na chwilę obecną jestem w zażyłym związku i mam kontakt z jednym "klonem" psychicznym (oczywiście nie w 100%). Zdaję sobie sprawę z tego, że z takim podejściem pewnie wyląduje pod mostem bo kto chce w pracy kogoś takiego (mimo tego, że jako pracownik jest wydajny). Jednak nie mam zamiaru z tego rezygnować i moment, w którym udawałbym osobę o innym niż pesymistycznym nastawieniu do świata byłby momentem, w którym umarłbym w znaczeniu o wiele gorszym, niż brak tętna.
Fiat iustitia, pereat mundus

old weirdman
Pesymista
Posty: 457
Rejestracja: 30 sty 2015, 12:33

Re: Pesymizm a przyjaźń

Postautor: old weirdman » 24 sie 2015, 17:44

Rozumiem Cię. Praca-czy ogólnie środowisko pracy-to temat bardzo złożony. Silny indywidualizm a także preferencja absolutnie samodzielnego wykonywania zadań,do zupełnie niezależnego trybu pracy to mogą być zalety. Są zawody,miejsca pracy gdzie preferuje się introwertyków. Dla mnie już teraz nie ma to żadnego znaczenia czy pracuję w grupie czy sam. Ważne aby być pewnym swego profesjonalizmu,świadomym swych zalet-introwertycy z reguły uczą się o wiele szybciej niż inni,są zdecydowanie bardziej skupieni na wykonywaniu zadań czy nauce,trudniej się rozpraszają. Introwertyzm z pewnością sam w sobie nie jest przeszkodą żeby zdobyć wymarzony zawód czy pracę.
"Zostałem księdzem,bo nie chciałem zostać ojcem".- Wojtek Gunia "Nie ma wędrowca".

Vulpes Inculta
Pierwsze wątpliwości
Posty: 116
Rejestracja: 14 lut 2015, 23:20

Re: Pesymizm a przyjaźń

Postautor: Vulpes Inculta » 24 sie 2015, 18:18

old weirdman pisze:Jeśli chodzi o miłość mam...nie chcę mówić Lovecraftowskie więc powiem naturalistyczne podejście-moja miłość życia była moim największym upadkiem-obecnie uważam miłość za stan "silnego pseudonarkotycznego uzależnienia od partnera",nie jest to żadne z "wzniosłych uczuć" ale ewolucyjny sposób tworzenia par koniecznych do wychowania potomstwa w gatunku homo sapiens choć rozumiem,że sam termin "wzniósłe uczucia" jest również bardzo umowny.


Przypomniał mi się fragment kreskówki, która zmieniła moje życie. https://www.youtube.com/watch?v=0rWunrNejmA
Break the cycle Morty, rise above, focus on science


Wróć do „Psychologia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron