Samorealizacja/terapia/coaching a pesymizm

Kącik złych pytań i niewłaściwych odpowiedzi
Awatar użytkownika
Kreuzgang
Rozgoryczony
Posty: 354
Rejestracja: 29 sty 2015, 21:02

Re: Samorealizacja/terapia/coaching a pesymizm

Postautor: Kreuzgang » 26 lis 2016, 18:55

Patrycjusz pisze: nie macie wrażenia, że wszelkie terapie i inne wymienione w nazwie tematu rzeczy, służą niczemu innemu, jak po prostu uspołecznieniu? Wdrukowaniu w jedyny słuszny schemat?


Być może. Ale nawet jeśli, to trochę jak z medycyną, której celem też jest przywrócenie organizmu do pewnego określonego schematu, do pewnej definicji zdrowia i sprawnego funkcjonowania.

Pytanie brzmi: czy psychologom faktycznie udaje się ludziom pomóc, bo jeśli tak, to przeciwko takowemu uspołecznieniu niewiele mam zastrzeżeń, wychodząc z założenia, że człowiek z natury chce się czuć lepiej niż gorzej, a w rozmaite mechanizmy poprawiające samopoczucie będzie uciekał tak czy siak. Jeśli można osiągnąć efekt poprawy nastroju drogą mniej inwazyjną niż chemia, niech ludzie próbują.

Słoneczny Skowronek pisze: Facet trochę jak kanodzieja wybierał z widowni osoby i zadawał im pytania, sugerujące taką odpowiedź, której mógłby użyć w dowodzeniu, że nie boimy się śmierci, tylko tego, że przed śmiercią będziemy czuć ból itp.


Strach przed śmiercią to oprócz obaw namacalnych (np. przed bólem) również lęk przed nieznanym, tajemnicą, końcem. To lęk metafizyczny. A trudno powiedzieć z czystym sumieniem, że czysty lęk przed nieznanym, to wymysł, zaledwie przykrywka dla zupełnie innych emocji. Mnie wydaje się z jednym najstarszych i najbardziej oczywistych lęków ludzkości.

Polecam w tym miejscu psychoterapeutę i pisarza Irvina Yaloma z nurtu psychoterapii egzystencjalnej. Napisał świetną na poły powieść, na poły biografię w której istotną rolę odgrywa filozofia Schopenhauera. O ile go dobrze zrozumiałem, to Yalom uznaje istnienie lęków egzystencjalnych
( w tym przed śmiercią), nie umniejsza ich znaczenia oraz zgadza się z tym, że nieodzowne są rozmaite metody pokonywania ich ( rodzina, poczucie celu, wiara), bo inaczej człowiek pogrąży się w egzystencjalnej rozpaczy. Bardzo uczciwy intelektualnie autor.

saikodasein pisze:Opresyjny (nie aparat władzy, a raczej społeczeństwo zbyt ściśnięte w porównaniu z ewolucyjnie naturalnymi warunkami i mniejszymi grupami oraz konkurencją) powoduje problemy psychiczne, a terapeuci na tym zarabiają


Tu bym widział zbiorczy problem ze współczesnym stylem życia: obejmującym indywidualizm, konsumpcjonizm i negację wartości. Psychologia to chyba jedna z nielicznych form duchowości ( niestety), które zostały człowiekowi Zachodu i w które faktycznie wierzy. Otaczający go na mieście przechodnie są coraz bardziej liczni i obcy; podstawę samodefiniowania stanowią dla niego zarobki i miejsce które zajmuje w wyścigu szczurów, priorytet stanowią doraźna satysfakcja i przyjemności, które uda mu się codziennie wywalczyć. Zarazem wszechobecny relatywizm odebrał mu oparcie na wartościach trwalszych niż własne widzi-misię.
"I learned that life is a long and difficult road, but you have to keep going, or you'll fall by the wayside".

Steve McQueen

Patrycjusz
Rozczarowany
Posty: 205
Rejestracja: 08 lut 2015, 15:45

Re: Samorealizacja/terapia/coaching a pesymizm

Postautor: Patrycjusz » 26 lis 2016, 22:41

saikodasein pisze:Ktoś by mógł powiedzieć złośliwie to samo o fizyce, ale te problemy zawsze są stałe, a w wypadku chorób mam wrażenie nie tylko zyski są znacznie większe, ale i samych schorzeń z roku na rok jakby przybywało. Tutaj dajemy wam lekarstwo/szczepionkę na chorobę X, a w między czasie pojawiają się trzy inne.


No właśnie, zastanawiającą kwestią w psychologii jest to, że spośród wszystkich dostępnych schematów zachowań, niektóre z nich są uznawane za wymagające leczenia, a inne nie. Dla mnie ktoś reprezentujący całkowite zdrowie psychiczne wymaga leczenia. Jakie jest więc to kryterium, które pozwala postawić podziałkę? I tutaj widać wyraźnie jak na dłoni, że im bardziej ktoś jest "uspołeczniony", tym mniej mają mu do zarzucenia. I o ile w przypadku postaw jawnie naruszających granice innych osób (agresja fizyczna/słowna) nie miałbym nic do zarzucenia psychologii, czyli diagnoza i do wariatkowa, o tyle nie rozumiem uznawania za "chore" postaw np. unikających, izolowania się, czy obrania innej drogi. O ile drogą "właściwą" jest dobrze znana wszystkim oparta na "celach" typu rodzina, kariera, co wymaga ciągłego nakładu pracy i czasu, o tyle myślę, że dla wszystkich tutaj odpowiednią drogą jest raczej olanie tego typu spraw poświęcając się rozwojowi duchowemu. To taki paradoks, że pesymiści niby jako nie posiadający żadnych celów, ambicji i marzeń, w jakiś dziwny sposób (na moje oko) reprezentują sobą największy poziom duchowy/intelektualny/emocjonalny jako dająca się wyodrębnić grupa. Coś tu jest nie tak, bo czy właśnie nie do tego powinien dążyć rozwój jednostki, a nie do spełniania "społecznych" celów? W moim odczuciu terapia jest, paradoksalne, na bakier z tym, co można nazwać jako wewnętrzną głębię, w zamian proponując sprzężenie się z powszechnie funkcjonującą machiną.
Fiat iustitia, pereat mundus

Vulpes Inculta
Pierwsze wątpliwości
Posty: 116
Rejestracja: 14 lut 2015, 23:20

Re: Samorealizacja/terapia/coaching a pesymizm

Postautor: Vulpes Inculta » 27 lis 2016, 18:16

Słoneczny Skowronek pisze:Jeden profesor stwierdził, że nie istnieje nic takiego jak lęk przed śmiercią i pomijając już jego argumentację (okrojoną ze względu na to, że dość dużo czasu poświęcił na mówienie o swojej książce, tej którą już napisał i tej, którą dopiero kończy), argumentację w gruncie rzeczy taką sobie, to jestem ciekaw, czy zbliżanie się śmierci nie zweryfikuje jego poglądów. Jeśli publikacja w wersji elektronicznej po sympozjum, do której podobno mam mieć dostęp, będzie zawierać jakieś ciekawsze (tzn absurdalne) fragmenty jego argumentacji, to mogę je tutaj zamieścić. Teraz nie chce mi się wygrzebywać tego z pamięci, ale naprawdę było to dosyć absurdalne. Facet trochę jak kanodzieja wybierał z widowni osoby i zadawał im pytania, sugerujące taką odpowiedź, której mógłby użyć w dowodzeniu, że nie boimy się śmierci, tylko tego, że przed śmiercią będziemy czuć ból itp.


Brzmi to trochę jak próba wciśnięcia epikureizmu w naukawy uniform. Faktem jest, że śmierć pozbawia nieskończonej ilości szeroko pojętych dobrych doświadczeń. Jeśli to kogoś nie rusza - zapewne jest przyszłym samobójcą, łże albo tak bardzo zakręcił się na idei życia pozagrobowego (a w przypadku ateuszy - "zostawienia czegoś po sobie"), że rzeczywiście jest to dla niego apatyczne.

Pesymista mógłby jeszcze kontrować, że pozbawia takiej samej ilości złych rzeczy, co ma w domyśle katastrofę śmierci neutralizować. Ale inf-inf to nie jest zero, a symbol nieoznaczony.


Wróć do „Psychologia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron