Antynatalizm

Myśl, która zniszczy twoje życie
Vulpes Inculta
Pierwsze wątpliwości
Posty: 116
Rejestracja: 14 lut 2015, 23:20

Antynatalizm

Postautor: Vulpes Inculta » 10 mar 2015, 15:27

Swój trzynasty post, a pierwszy temat chciałem poświęcić na coś wyjątkowego (i brakującego na forum o takim profilu), a jako że nie lubię Natalii... :)
Co myślicie o tym poglądzie, jeśli tak to można nazwać? Hit czy kit? Jak sobie radzicie z interlokutorami sugerującymi żebyście się powiesili na klamce albo że nienawidzicie małych dzieci? Jakieś niestandardowe (powiedzmy, że Beniek, Zapffe i oczywiście Kelthuz to kanon) lektury i linki?

Odpowiadając za siebie: Myślę, że jeśli coś w swojej radykalnej wersji jest w stanie bezkrwawo położyć kres wszystkim bolączkom trapiącym ludzkość (i nie tylko), jest to słuszne niezależnie od punktu siedzenia. Zdecydowanie hit i najważniejsze jak dotąd dla mnie określenie kończące się na -izm. Na te prostackie obiekcje reaguję zależnie od kontekstu. Jeśli na przykład nie mogę się angażować w wojnę odnośników, zwykle w realu, to trzymam ich krótko:
- Samobój jest trudny, a poza tym non sequitur;
- Gdybym był mizantropem, to prędzej bym kogoś skazał na mogiłę.
http://why-im-sold-on-antinatalism.blogspot.com/ [dogłębna analiza tematu naśladowców Mainländera].
https://antinatalism.wordpress.com/2013 ... objective/ [drobna modyfikacja Benatara jako bat na ignorantów i nju ejdżowców].

Przy okazji klasyk: lista "zdroworozsądkowych" argumentów zniszczona przez Voluntary Human Extinction Movement. http://vhemt.org/whybreed.pdf
Ostatnio zmieniony 01 wrz 2015, 15:00 przez Vulpes Inculta, łącznie zmieniany 2 razy.

seahorse
Rozczarowany
Posty: 183
Rejestracja: 29 sty 2015, 22:25
Kontaktowanie:

Re: Antynatalizm

Postautor: seahorse » 10 mar 2015, 19:13

Antynatalizm ma różne oblicza i trzeba też je od siebie wyraźnie oddzielić. Na jednym krańcu mamy bowiem postawę czysto aksjologiczną (narodziny jako takie są czymś negatywnym), a na drugim ruch polityczny o momentami dość radykalnych, totalitarystycznych zacięciach (przymus sterylizacji, czasem nawet jakieś utopijne (sic!) wizje zagłady ludzkości itp.). Pomiędzy nimi mamy postawę etyczną o charakterze osobistym (nie będę sprowadzał dziecka na ten świat), jak i o charakterze uniwersalnym (dobrze jest nie mieć dzieci), a dalej jeszcze postawę iście ewangeliczną (przekonywanie innych do tego, żeby również nie płodzili dzieci). I oprócz tego jest jeszcze ruch ekologiczny, który nakłania ludzkość do przystopowania przyrostu naturalnego ze względu na opłakane skutki dla ekosystemów tej planety, ale z perspektywy pesymistycznej jest to wątek, jak sądzę, zupełnie poboczny.

Osobiście skłaniam się jedynie ku interpretacji aksjologicznej. Pozostałe bazują moim zdaniem na iluzorycznym przeświadczeniu, że coś w ogóle da się z tym zrobić. Otóż: nie da się. To znaczy owszem, ludzkość może i nawet sobie wymrzeć, czy nawet można w ten czy inny sposób wytępić całe życie na tej planecie, ale co to zmieni w szerszej perspektywie? Jak nie na tej planecie, to na innej, jak nie w tej galaktyce, to w sąsiedniej, jak nie w tym kosmosie, to w innym, jak nie w tej aktualności odwiecznej i nieograniczonej potencjalności chaosu, to w innej. Narodzin, cierpienia i śmierci zlikwidować się nie da - to są zjawiska stochastycznie nieuchronne. Nadzieja na to, że samozagłada ludzkości jest jakkolwiek istotnym krokiem oporu wobec tej machiny jest typowym błędem perspektywy; w zasadzie jest po prostu pewną formą antropocentryzmu.

Jeżeli ludzkość w samorzutny i łagodny sposób doprowadzi do swojego wymarcia lub jeśli ludzie po prostu w jakiś naturalny dla rozwoju kultury i myśli ludzkiej sposób dojdą do powszechnego wniosku, że lepiej jest się nie rozmnażać (w co raczej wątpię) i zaczną taką postawę uskuteczniać, to oczywiście nie widzę przeszkód, jestem za. Przy czym i tak raczej podstawowym skutkiem takiej postawy będzie pozostawienie większej przestrzeni życiowej dla miłośników rozrodu, jak i również wzbudzenie w nich większej motywacji do uprawiania swego niecnego procederu. A prawa memetyki, podobnie jak prawa genetyki, są nieubłagane - im mniej antynatalistów będzie, tym mniej będzie ich dzieci; im więcej pronatalistów, tym więcej będzie dzieci podzielających poglądy swoich rodziców w tej materii; im więcej antynatalizmu, tym mniej antynatalizmu. Ale moje obawy są przede wszystkim takie, że w antynatalizmie jako ruchu bardziej zorganizowanym, podbudowanym silnie niebudzącą sprzeciwu ideologią, jaskrawo przecież sprzeczną z powszechnymi ludzkimi intuicjami moralnymi, dostrzegam niebezpieczny potencjał przerodzenia się w radykalny ruch polityczny o utopijnym i skrajnie rewolucjonistycznym charakterze. Który jako taki oczywiście nie będzie w stanie doprowadzić swoich wizji do skutku, natomiast może przynieść zamiast tego masę dodatkowego cierpienia i nieszczęścia, nie mówiąc już o dyskredytacji idei antynatalizmu w szerokim jej sensie. Jest to wprawdzie wydumana perspektywa, nie przeczę, ale jednak niepokojąca.

Awatar użytkownika
Kreuzgang
Rozgoryczony
Posty: 354
Rejestracja: 29 sty 2015, 21:02

Re: Antynatalizm

Postautor: Kreuzgang » 10 mar 2015, 20:09

Każdy antynatalista się zgodzi, że gdyby zlikwidować to co uznaje za przeszkody w satysfakcjonującym życiu - porzuciłby antynatalizm. To nie narodziny są problemem, a cierpienie.

Antynatalista to człowiek który jadąc po dziurawej drodze narzeka na producenta aut zamiast na zarządcę dróg.
"I learned that life is a long and difficult road, but you have to keep going, or you'll fall by the wayside".

Steve McQueen

Vulpes Inculta
Pierwsze wątpliwości
Posty: 116
Rejestracja: 14 lut 2015, 23:20

Re: Antynatalizm

Postautor: Vulpes Inculta » 10 mar 2015, 21:33

seahorse pisze:a dalej jeszcze postawę iście ewangeliczną (przekonywanie innych do tego, żeby również nie płodzili dzieci).


O, to ja. Uważam, że propaganda jest bardzo istotna, nie tylko dlatego, że każdy jeden dzieciorób może wywołać (podtrzymać?) reakcję łańcuchową, lecz z uwagi na lata skakania po różnych fylozofiach i brak nawet cienia myśli uderzającego w sens rozpłodu, ten ukryty dogmat infekujący niemal wszystkie ideologie. Ba, nawet miałem to błędne koło za jedyny obiektywny sens życia. Młody Vulpes, głupi Vulpes. Ale to wszystko się zmieniło, gdy przeczytałem jeden artykuł na łikipedii, wtedy jeszcze w dość opłakanym stanie. Na początku, rzecz jasna, wyginięcie wspaniałej rasy ludzkiej jawiło się jako coś złego z definicji :] Choć z czasem ta myśl rosła, aż przesłoniła wszystko inne w moim systemie wartości (w sumie podatny to był grunt i tak).
Co jeszcze dziwniejszego - ludzie, którym życie ostro dało po dupie też raczej nie są skorzy do takiego wnioskowania bez uprzedniej ekspozycji na różnych Cioranów tego świata. Życie jest nie fair, życie jest długie, życie jest szare, w życiu nie ma lekko, pewne są tylko podatki i śmierć - każdy głupek może te truizmy zauważyć, a niemal każdego przerasta stwierdzenie, że tworzyć nowe życie to tworzyć tę niesprawiedliwość, znój i mogiłę. W imię czego?

Kreuzgang pisze:Każdy antynatalista się zgodzi, że gdyby zlikwidować to co uznaje za przeszkody w satysfakcjonującym życiu - porzuciłby antynatalizm. To nie narodziny są problemem, a cierpienie.

Antynatalista to człowiek który jadąc po dziurawej drodze narzeka na producenta aut zamiast na zarządcę dróg.


Znasz jakiś sposób na wyeliminowanie cierpienia, który nie będzie polegał na budowaniu mostu do mokrych snów transhumanisty truchłami niewiniątek? No właśnie.
Ostatnio zmieniony 30 wrz 2015, 9:30 przez Vulpes Inculta, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Dead_Clown
Administrator
Posty: 403
Rejestracja: 29 sty 2015, 19:48
Kontaktowanie:

Re: Antynatalizm

Postautor: Dead_Clown » 11 mar 2015, 10:51

„W mojej rodzinie jesteśmy antynatalistami od pokoleń”

Moim zdaniem trzeba sobie odpowiedzieć na jedno podstawowe pytanie: Antynatalizm przypisuje narodzinom wartość na tyle negatywną, że przerasta ona wartość pozytywną wynikającą z zaistnienia. Czyli – można powiedzieć – identyfikuje zaistnienie jako krzywdę wyrządzoną temu, kto ma zaistnieć. I tutaj pojawia się, moim zdaniem, najbardziej dyskusyjna kwestia. Otóż, na ile można wyznaczyć obiektywną jakość tej krzywdy w odniesieniu do podmiotu, który tej krzywdy wobec siebie nie rozpoznaje? Czy tak naprawdę mogę zostać skrzywdzony, jeżeli nigdy nie odczuję danej sytuacji jako krzywdzącej? Powiedzmy sobie szczerze – przytłaczająca większość ludzi nie rozpoznaje faktu własnego zaistnienia jako czegoś negatywnego. Antynatalizm podnosi hasło nie wyrządzania zła zaistnienia, ale co w sytuacji, jeżeli ci, którzy zaistnieli w większości nie rozpatrują swojego zaistnienia jako czegoś złego? Jakkolwiek by to nie brzmiało, większość ludzi cieszy się w jakiś sposób z tego, że jest. I nawet na ogół, w sytuacjach ostatecznych, gdy ich życie staje się udręką, identyfikują jako krzywdzącą sytuację, która bezpośrednio wpędziła ich w tę udrękę, ale nie odnoszą poczucia krzywdy do samego faktu własnego zaistnienia. Nawet, gdy suma doznań negatywnych przekracza sumę doznań pozytywnych, wciąż w większości będą trzymać się poglądu, że sam fakt ich zaistnienia nie był dla nich krzywdzący. Nie za bardzo ufam etyczności przekonywania każdego człowieka co do faktu, że jego rodzice płodząc go wyrządzili mu szkodę.

Wiem, ściągam na siebie zarzut o to, że oceniam niejako ex post, pomijając kwestie „dość wysokiego” ryzyka spowodowania takiego istnienia, które będzie wiązało się z radykalnym cierpieniem. Antynatalizm uderza w to ryzyko, głosi – logicznie – że jedyną pewną metodą na uniknięcie cierpienia dla danego życia jest nie tworzenie tego życia. Trudno z takim argumentem polemizować, można natomiast zastanowić się nad tym, czy warto brać na siebie odpowiedzialność za potencjalne cierpienie tego, kogo powołało się do życia oraz to, czy nie przeceniamy w tej sytuacji samego cierpienia jako tego, co stanowi ostateczny argument przeciwko życiu jako takiemu.

Z pewnością są sytuacje, w których poczęciu życia (albo podtrzymywaniu życia) można przypisać wartość jednoznacznie negatywną. Są też sytuacje, w których krzywda wyrządzana własnemu dziecku już poprzez samo sprowadzenie go na świat, jest oczywista. Nie jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy płodzą jedno dziecko za drugim, nie mogąc im zapewnić warunków do prawidłowego rozwoju, wsparcia, czy choćby jakiegoś śladowego ciepła, poczucia bycia kochanym. Trudno mi zrozumieć ludzi, którzy tak bardzo muszą mieć dziecko, że np. podejmują kolejne próby mimo wyraźnych przeciwwskazań medycznych (wysokie ryzyko uszkodzenia płodu/poronienia wywiedzione z historii medycznej poprzednich ciąż, wiek itd.). O ludziach, którzy płodzą dzieci z pełną świadomością, że warunki, w jakich funkcjonują siłą rzeczy spowodują cierpienie ich dziecka nie wspominam.

Mimo powyższego, nie za bardzo jestem skłonny zaakceptować to, co seahorse ujął jako „antynatalizm ewangelizacyjny” – a to z tego prostego powodu, że dostatecznie przekonujące wyjaśnienie dlaczego sprowadzanie nowego człowieka na świat jest złe, poza tak oczywistymi sytuacjami jak te powyżej, wymaga też objaśnienia całego szerszego kontekstu – czyli na ogół podważenia lub ograbienia kogoś z jego wyobrażeń o tym, że świat to mimo wszystko miejsce do zaakceptowania. Już o tym wspominaliśmy w którymś temacie – na ile etyczne jest burzenie „w imię prawdy” w ludziach tych wszystkich mechanizmów obronnych, które chronią ich przed odczuciem grozy świata. Argument, że to w „imię wyższego dobra” (zapobieżenie cierpieniu człowieka) jest dla mnie o tyle podejrzany, że w historii ludzkości bardzo wiele idei „wyższego dobra” skutkowało zaistnieniem dość zbrodniczych doktryn (na które to ryzyko w wypadku antynatalizmu wyraźnie wskazał kol. Seahorse).

Wydaje mi się więc, że antynatalizm powinien być przede wszystkim sprawą własnego, osobistego wyboru etycznego. Namawianie do niego – już budzi we mnie pewne wątpliwości (inna sprawa: na ile projektuję własne idee i sądy jako obiektywnie obowiązujące innego człowieka?). Antynatalizm jako ruch polityczny (przymusowa sterylizacja itd.) – to jest kolejny totalitarny, absolutnie nieakceptowalny wymysł.
The Devil enters the prompter’s box and the play is ready to start.
Robert W. Service, The Harpy

Vulpes Inculta
Pierwsze wątpliwości
Posty: 116
Rejestracja: 14 lut 2015, 23:20

Re: Antynatalizm

Postautor: Vulpes Inculta » 11 mar 2015, 13:01

Mnie się wydaje, czy cały powyższy post można streścić do: "promowanie antynatalizmu jest kontrowersyjne, bo ludziom będzie przykro"?
Sorry not sorry, ale jako że nie zostawię po sobie genów, to próbuję chociaż memy. Mniejsze zło, a nie wyższe dobro.

Bardziej dyskusyjny jest dla mnie ten fragment: "dostatecznie przekonujące wyjaśnienie dlaczego sprowadzanie nowego człowieka na świat jest złe, poza tak oczywistymi sytuacjami jak te powyżej, wymaga też objaśnienia całego szerszego kontekstu".
Wszyscy pronataliści, z którymi ścierałem się intelektualnie w ten sposób mieli mnie za godnego pożałowania Werterystę. Odkąd porzuciłem to na rzecz rozważania tylko procesu decyzyjnego - widzę efekty.

Widzę też pewną analogię do dyskusji w tonie teizm-ateizm. "Możesz sobie nie wierzyć, ale zostaw ludzi w ich ułudzie". Cóż, zostawiam, do momentu w którym nie porywają samolotów. Całe moje misjonarstwo efilistyczne (life=efil, wojujący bezdzietni) polega na prawidłowym zrozumieniu ciężaru dowodu i zadawaniu niewygodnych pytań, ich własnych rodziców i dobrobyt zostawiam poza nawiasem.

Awatar użytkownika
Dead_Clown
Administrator
Posty: 403
Rejestracja: 29 sty 2015, 19:48
Kontaktowanie:

Re: Antynatalizm

Postautor: Dead_Clown » 11 mar 2015, 21:47

Vulpes Inculta pisze:Mnie się wydaje, czy cały powyższy post można streścić do: "promowanie antynatalizmu jest kontrowersyjne, bo ludziom będzie przykro"?


Być może. Ale to, że będzie przykro, to jedno i mniej ważne. Druga sprawa jest już nieco poważniejsza, czyli kwestia tego, czy promując aktywnie antynatalizm, który jest ideą fundamentalnie dotykającą ludzkiego życia, nie bierzemy na siebie odpowiedzialności, która jest porównywalna z odpowiedzialnością związaną z poczęciem dziecka. Ale to może urojony problem, nie wiem.

Nie jestem antynatalistą, choć zgadzam się z wieloma perspektywami, z których antynatalizm się wywodzi. Natomiast zawsze podchodzę z dużą rezerwą do wszelkich ideologii, w których istnieje spory potencjał dogmatyzmu; które pociągając za swoją oceną etyczną konkretne działania dotykające bardzo mocno i bardzo głęboko czlowieka, zawierają w sobie zerojedynkową ocenę danego problemu.
The Devil enters the prompter’s box and the play is ready to start.
Robert W. Service, The Harpy

Vulpes Inculta
Pierwsze wątpliwości
Posty: 116
Rejestracja: 14 lut 2015, 23:20

Re: Antynatalizm

Postautor: Vulpes Inculta » 12 mar 2015, 11:35

Dead_Clown pisze:które pociągając za swoją oceną etyczną konkretne działania dotykające bardzo mocno i bardzo głęboko czlowieka, zawierają w sobie zerojedynkową ocenę danego problemu.


Błąd. Antynatalista, w przeciwieństwie do natalisty, nie podejmuje żadnego działania. Co więcej, ten drugi wplątuje w proceder minimum trzy osoby, w tym jedną za przymuszeniem. Nie ma żadnej sytuacji, w której spłodzenie dziecka byłoby lepsze niż niepłodzenie, a wszystko czym się bronią rodzice da się osiągnąć bez negatywnego bagażu narodzin, drogą adopcji.

Awatar użytkownika
Dead_Clown
Administrator
Posty: 403
Rejestracja: 29 sty 2015, 19:48
Kontaktowanie:

Re: Antynatalizm

Postautor: Dead_Clown » 13 mar 2015, 20:31

Vulpes Inculta pisze:Błąd. Antynatalista, w przeciwieństwie do natalisty, nie podejmuje żadnego działania.


No właśnie nie do końca - bo jeżeli "nie zostawia genów, to przynajmniej zostawia memy";)

Co więcej, ten drugi wplątuje w proceder minimum trzy osoby, w tym jedną za przymuszeniem.


Załóżmy, że przedstawiasz neutralnie nastawionej (ani anty ani pro), ale nieświadomej tego, z czego taka postawa wynika, postulaty antynatalistyczne wraz z całym kontekstem, po czym słyszysz: tak, masz rację, ale to jest coś, o czym wolałbym / wolałabym nie wiedzieć. Czy uznajesz, że zrobiłeś coś wbrew jej woli, czy uznajesz, że wyrażając chęć porozmawiania o antynatalizmie sama przejmuje od teraz odpowiedzialność?

Załóżmy też, że rozmawiasz z kimś, kto ma już dziecko albo kilkoro dzieci (możesz o tym nie wiedzieć). Przekonujesz do racji antynatalistycznych, w związku z czym w przekonanym wzbudza się niemożliwy do rozwiązania konflikt: przyznaje słuszność racjom antynatalistycznym, a jednocześnie ma świadomość tego, że dopuścił się czegoś wysoce nieetycznego, w dodatku wobec istot, które są mu najbliższe. Być może zaczynają go dręczyć wyrzuty sumienia i żal, ponieważ wina jest nieusuwalna. A ponieważ zyskuje tę nową, nieusuwalną perspektywę, przez resztę życia jest skazany na paskudną świadomość, że ma na rękach krew własnych dzieci. Jak to ocenić?

wszystko czym się bronią rodzice da się osiągnąć bez negatywnego bagażu narodzin, drogą adopcji.


Ale nie adoptuje się storczyka ani kotka, tylko dziecko. A więc: aby ukoić brak rodzicielski adopcją, musimy dopuścić myśl, że ktoś, mówiąc brzydko, "odwali brudną robotę za nas". Więc nie można powiedzieć, że da się osiągnąć bez negatywnego bagażu narodzin, bo dziecko adoptowane przecież też musi się urodzić;)
The Devil enters the prompter’s box and the play is ready to start.
Robert W. Service, The Harpy

seahorse
Rozczarowany
Posty: 183
Rejestracja: 29 sty 2015, 22:25
Kontaktowanie:

Re: Antynatalizm

Postautor: seahorse » 13 mar 2015, 23:30

Vulpes Inculta pisze:Antynatalista, w przeciwieństwie do natalisty, nie podejmuje żadnego działania

Taka kategoria ontologiczna jak działanie jest, wbrew może wstępnej intuicji, niejednoznaczna. Poniekąd każdy wybór mający wpływ na interakcję ze światem można uznać za działanie, nawet jeśli polega na jakiegoś rodzaju zaniechaniu. Zaniechanie odnosi się bowiem do sposobu opisu świata, a nie jest jakimś bezspornym faktem - np. zaniechanie jedzenia posiłków jest działaniem przystąpienia do postu, a zaniechanie postu odbywa się poprzez działanie, jakim jest jedzenie; zatrzymanie samochodu na drodze można równie dobrze traktować jako działanie zahamowania, jak i zaniechanie jazdy; rozpoczęcie jazdy jako działanie ruszenia, jak i zaniechanie postoju. Wprawdzie o niektórych działaniach w sposób bardziej naturalny, zdroworozsądkowy mówi się jako o działaniach, a w przypadku innych brzmi to nienaturalnie. Naturalnie jest wtedy, kiedy działanie przerywa pewien spodziewany dalszy ciąg jakiegoś procesu lub dalszy jego brak, a wydaje się to być coś niezależnego od tego, czy traktujemy to jednocześnie jako zaniechanie czy też nie - np. kiedy ktoś oddycha, to raczej nie powiemy, że z każdą sekundą podejmuje działanie oddychania, ale kiedy wstrzyma oddech przed skokiem do wody (zaniecha oddychania), już raczej bardziej określimy to jako działanie. Więc jeśli nawet mielibyśmy zignorować tę niezbywalną niejednoznaczność działania i zdać się na ową intuicję spodziewania się, to nie jestem pewien, czy akurat antynataliści wyszliby z tego obronną ręką. Patrząc po typowości, normalności i naturalności ludzie, gdy dorosną, płodzą potomstwo - rezygnacja z tego wydaje się być więc raczej pewnym czynnym aktem odstąpienia od tego naturalnego procesu, a więc - wedle intuicji o której mowa - to właśnie oni podejmują działanie, a reszta machinalnie uczestniczy w trwającym procesie rozrodu.

Jakby nie było, sprawa i tak jest etycznie nieistotna, ponieważ w etyce działanie liczy się w takim samym stopniu, jak i niedziałanie. Jeśli rozważamy etykę w kategoriach dokonywania wyborów (etycznych) w określonych sytuacjach (etycznych), to liczy się dobro (mniejsza w tej chwili o jego kryterium) wyboru, a nie to, czy jego efektem jest jakieś działanie czy też niedziałanie. Jeśli przyjdzie do mnie znajomy i zacznie mnie namawiać do morderstwa, a ja nie podejmę takiego działania, to takie niedziałanie będzie etycznie dobre. Jeśli natomiast podczas spaceru nad rzeką zauważę, że tonie w niej dziecko, to niepodjęcie działania, które miałoby coś z tym faktem zrobić będzie etycznie złe. I nie ma tu specjalnie znaczenia, czy niezgodę na propozycję znajomego uznam za działanie odmowy, a kontynuację spaceru za działanie pójścia dalej.

Nie chcę przez to powiedzieć, że człowiek robi źle, kiedy - że się tak kolokwialnie wyrażę - nie robi dzieci. Być może nawet robi dobrze. Chodzi mi wszakże jedynie o to, że kwestia tego, że nie jest to działanie jest dyskusyjna, a ponadto nie ma jako taka w tej materii znaczenia.

Vulpes Inculta pisze:Nie ma żadnej sytuacji, w której spłodzenie dziecka byłoby lepsze niż niepłodzenie

Jeśli rozważamy rzecz w kategoriach utylitarystycznych (a zdaje się, że ta linia jest podstawową dla antynatalistów odwołujących się do powodowania czy narażania na cierpienie), to w zasadzie co do dowolnej kategorii czynu (płodzenie dzieci, picie herbaty, koszenie trawnika, ratowanie staruszki z pożaru, rzucanie w kogoś siekierą) można wymyślić sytuację, w której jego zaniechanie bądź podjęcie będzie lepsze lub gorsze niż - odpowiednio - podjęcie go bądź zaniechanie. Nie trzeba zresztą jakoś specjalnie silić wyobraźni, ogólna recepta jest dość prosta. Wystarczy podać sytuację, w której jakiś psychopata (alternatywnie: filantrop) powie nam, że jeśli to coś zrobimy lub zaniechamy (wedle uznania), to on zrobi coś gorszego (alternatywnie: lepszego). Czyli na przykład przychodzi jakiś świr i mówi: "Jeśli w ciągu roku nie spłodzisz dziecka, to ja zamorduję/zgwałcę/spłodzę dwoje dzieci" (jak komuś mało, to niech będzie 5, 10, 15, ile kto chce). To jest oczywiście ogólny argument pokazujący, że z utylitaryzmem jako takim jest zasadniczo coś nie do końca za fajnie, ale w szczególności stosuje się i do argumentowania za bezwarunkowym antynatalizmem poprzez utylitaryzm. Jasna też sprawa, że to jest tylko niezbyt życiowy eksperyment myślowy, ale jednak zasadność tezy wyjściowej podważa (o ile - powtarzam - rozumieć ją faktycznie ściśle bezwarunkowo i utylitarystycznie).

Poza tym, patrząc w dalszym ciągu utylitarystycznie na antynatalistyczną utopię: załóżmy, że nagle wszyscy żyjący ludzie decydują się na zaprzestanie rozmnażania albo na skutek jakiegoś wirusa stają się bezpłodni. Czy wymierające przez najbliższe dekady społeczeństwo ludzkie, składające się ostatecznie, za kilkadziesiąt lat, z setek milionów trzęsących się, chorowitych staruszków będzie w stanie łagodnie doczekać swojej śmierci w środowisku, które nie będzie im już zapewniało jakości życia, jaką zapewnić może tylko kultura żywa, młoda i perspektywiczna? To jest znowuż rzecz jasna skrajny scenariusz, ale czy jakiekolwiek bardziej wyobrażalne jego wariacje nie są w mniejszym stopniu obarczone tym samym problemem? Świat bez ludzi to może i jest wizja sympatyczna, ale czy da się do niego przejść inaczej niż przez mękę przyszłych pokoleń? Wyobrażam sobie jakiś wariant posthumanistyczny, w którym opiekę nad ostatnimi przedstawicielami naszego gatunku przejmują wyspecjalizowane roboty, które po śmierci ostatniego człowieka dokonują masowej autodestrukcji, ale to jednak nie dość, że jest antynatalistyczna utopia, to jeszcze technologicznie optymistyczne science-fiction.


Wróć do „Filozofia, idea”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron